Barbara
nałożyła na nos okulary i wytężyła wzrok, skupiając go na tych przeklętych, małych
cyferkach. Całą uwagę poświęciła poprawnemu wpisaniu numeru córki, żeby znów
nie popełnić tak fatalnej w skutkach pomyłki. Ostatnim razem, gdy usiłowała
skontaktować się ze swoją Wioletką, niechcący zadzwoniła do jakiegoś okropnego
faceta, który rozmowę zaczął od grubiańskiego „czego?!”, a skończył na „uważaj,
babo, co wpisujesz w ten telefon”. Po tym incydencie Barbara czuła się tak
upokorzona, że przez ponad tydzień nawet nie myślała o wzięciu telefonu do
ręki.
Jakie
to było ciężkie do wytrzymania! Zero kontaktu ze światem! A w tym czasie tyle
rzeczy się wydarzyło.
Niejaka
Maria Wołowczyk, mieszkająca w drugiej klatce na ostatnim piętrze, znów sprowadziła
sobie jakiegoś fagasa. W ostatnią niedzielę, gdy Barbara wracała z kościoła, na
własne oczy widziała jakiegoś wyelegantowanego typa, który przyjechał do tej
bezwstydnicy. Była pewna, że do niej, bo Maria wyszła po niego aż na parking.
Potem Barbara widziała ich jeszcze kilka razy. Chodzili sobie pod rączkę do
parku Generała Andersa, aż w końcu chyba jej się znudziły wieczorne spacerki,
bo przestał przyjeżdżać.
Ale
wczoraj to już przeszła nawet samą siebie. Przygruchała sobie jakiegoś
młodzika, co to go pewnie w tym internecie poznała i już dawaj mieszkać razem.
No patrzcie państwo! Kobieta ponad trzydziestoletnia i takie rzeczy jej w głowie.
—
A taka była miła i pomocna, jak się pół roku temu wprowadziła z mężem –
powiedziała Barbara sama do siebie. – Kto by pomyślał, że jak owdowieje, to
taka głupia gęś się z niej zrobi.
Barbara
nie mogła sobie wyobrazić, jak Maria mogła wyczyniać takie rzeczy, a w
szczególności dwa miesiące po śmierci pana Wołowczyka. Ubierała się na czarno,
chcąc chyba sprawiać pozory dobrej żony, która opłakuje męża. A w
rzeczywistości co? Rogi mu doprawia, choć biedaczek już pod ziemią leży i
pewnie się w grobie przewraca.
Do
pary by mogła chodzić z tą Pilawską spod osiemnastki. Od rana do wieczora śpi,
od wieczora do rana baluje gdzieś w klubach. O nauce ani myśli chyba, no bo
kiedy ma się uczyć, jak swoje trzeba odespać? Ale ją jeszcze Barbara mogła choć
trochę zrozumieć, bo młodziutka była i na życiu nic a nic się nie znała.
„Ci
z dwunastki też się dobrze udali. Dziecko ma już ponad rok, a zapowiedzi w kościele
jak nie było, tak nie ma. No i na co oni czekają? Im to pewnie tak wygodnie.
Chcą to ze sobą są, nie chcą to jeden idzie w jedną stronę, drugi w drugą.
Wolny związek. Też wymyślili. A jak ją zostawi to by mógł się spiknąć z Anną
Powałką, która mieszka tuż nade mną. Też samotnie dziecko wychowuje. Pewnie
nawet nie wie czyje to. A jemu na to samo by wyszło, bo i tu, i tu dziecko bez
ślubu” – pomyślała Barbara.
Kobieta
wcisnęła zieloną słuchawkę, usiadła wygodnie w fotelu i czekała, aż Wioletka
odbierze. Oj, miała jej taką nowość do powiedzenia, że aż nią trzęsło.
—
Nie odbiera. – Znów rozmawiała sama ze sobą. – No tak, pewnie w pracy jest. Dobrze,
dobrze, niech się skupia na ważnych rzeczach.
Barbara
była dumna, że jej córka miała tak dobrą posadę, którą sama sobie wypracowała.
I jej mąż też pracował, w banku jako dyrektor. To był ktoś. A nie jak Władek
Piekacz. Dla niego robota była czymś tak obcym, że pewnie już nawet nie
wiedział jak to słowo wymawiać. Całe życie najpierw na utrzymaniu mamusi i
tatusia, a teraz tej nieszczęsnej Tereski. Biedna miała jeden etat w szpitalu,
a drugi w domu jako kucharka, sprzątaczka i Bóg wie co jeszcze.
Barbara
poszła do kuchni i zaparzyła sobie miętową herbatę. Piła ją nie tylko na
kłopoty z żołądkiem, ale także dla smaku, który przypominał jej dawne lata. Jak
była młodsza to sadziła miętę i parzyła, ale teraz już prawie nie ruszała się z
domu, tylko do kościoła. Kiedyś jeździła na działkę ze Stasiem i razem sadzili
pomidory, ogórki, marchew i wszystko mieli swojskie, a nie sklepowe i niedobre.
Ale co mogła poradzić, skoro nogi odmawiały jej posłuszeństwa, gdy przeszła
więcej niż sto metrów? O jeżdżeniu rowerem też mogła już zapomnieć.
Wzięła
filiżankę z herbatą i usiadła w bujanym fotelu przy oknie, które stanowiło jej
obserwatorium. Była skuteczniejsza niż monitoring i każdy na osiedlu to wiedział.
Czuła się jak bohaterka sprawiająca, że każdy czuł się bezpiecznie.
W
końcu całe pomieszczenie wypełniła muzyczka. Na ekranie telefonu widniał napis „Wioletka”.
—
Halo, mamo? – usłyszała Barbara, gdy tylko odebrała.
—
Wiolciu! No po prostu okropne jest to, co się tutaj wyrabia.
—
No co się znów stało?
—
Ten Smirnow, wiesz, ten Ruski, co obok mnie mieszka...
—
Oj, mamo, znów te twoje plotki. Co ci mówiłam? Daj już spokój i zajmij się
sobą. Bolą cię nogi? Smarujesz maścią, którą ci przywiozłam?
—
Wioletko kochana, mi nie nogi teraz w głowie! Jak mam myśleć o nogach, jak u
nas taki skandal. Słuchaj. Budzę się rano, jak zwykle, wyglądam przez okno, a u nas pod blokiem radiowóz! Myślę sobie, Matko
Boska kochana, co się znowu wyrabia na tej Różanej?
—
Mamo...
—
No, słuchaj. Patrzę, a ten Smirnow rozmawia z policjantami. Rozdygotany, łapami
macha, policjanci go uspokajają. Już myślałam, że go do radiowozu zapakują i
zamkną. Dopiero jak Agnieszka przyszła to się trochę wyciszył, chyba żeby go o
nic nie podejrzewali. Mówię ci, kochana, Agnieszka takie miała zapuchnięte
oczy, że szkoda gadać. I ja ci powiem, że ja wiem co się dzieje. Ten Rusek to
ją bije jak nic. Bydle, kobietę w ciąży tak katować...
—
Mamo, no szlag mnie zaraz trafi. Nie mów mi, że coś tym policjantom
powiedziałaś.
—
Przez okno już nie chciałam krzyczeć, a szybko odjechali i nawet zejść nie
zdążyłam. Ale któregoś dnia do nich zadzwonię i...
—
Nawet nie próbuj. Pan Grisza to porządny człowiek i nie masz prawa go
bezpodstawnie oskarżać.
—
Jak bezpodstawnie? – Zdziwiła się Barbara. Własna córka przeciwko niej? – A co
ja, uszu i oczu nie mam?
—
Słuchaj, jak tylko zadzwonisz na komisariat, to obiecuję ci, że wynajmę ci
opiekunkę i będzie cię pilnować, żebyś takich głupot nie robiła. Co ci
przychodzi do głowy na starość? – powiedziała Wiola. Słychać było, że
zdenerwowały ją jej słowa. W tle Barbara usłyszała jeszcze jeden głos. – Muszę już
kończyć, w pracy jestem. Potem się odezwę.
Gdy
rozmowa już się skończyła, Barbara otarła łzę spływającą po jej policzku, wciąż
nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszała.
Może
to nie byłby taki zły pomysł, ta opiekunka – pomyślała. – Przynajmniej miałabym
z kim rozmawiać.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz